Piłka kopana na -nie- wesoło
RSS
środa, 09 maja 2012
Mistrz nowy, problemy stare

Nie lubię pisać o lidze polskiej. Ciężko bowiem być patriotą i jednocześnie znęcać się nad czymś, co jest (a przynajmniej powinno być) wizytówką naszego kraju. I to nie tylko w sferze futbolu. Sezon w ekstraklasie dobiegł jednak ku końcowi, jakoś do jego całości i finału ustosunkować się wypada.


Przede wszystkim mamy nowego mistrza, mistrza który czekał na podobny zaszczyt ponad dwie dekady. Z całym jednak szacunkiem dla sukcesu piłkarzy Śląska i przede wszystkim Pana Trenera Oresta Leńczyka ciężko jest mówić, że Śląsk został mistrzem Polski zasłużenie. Mówiąc boleśnie, jednak szczerze ciężko byłoby mówić o zasłużonym mistrzu w przypadku gdyby został nim ktokolwiek z czołowej czwórki-piątki zespołów. Tak naprawdę jednak najdosadniej rywalizację w minionej już kampanii ligowej może określić stwierdzenie, że to nie Śląsk wygrał mistrzostwa, tylko Legia je przegrała.

Legioniści byli tak naprawdę głównym faworytem od początku. Z każdej strony. Największy budżet, najmocniejsza kadra i trener, który wydawało się, że w końcu odnalazł się w niezwykle specyficznym klimacie panującym przy Łazienkowskiej, to tylko najważniejsze ku Legii argumenty.

Warszawiacy na koniec jesieni wylądowali na drugim miejscu, za Śląskiem, który zanotował dobrą jesień. Legię do  sukcesów w Europie i niezłego pola startowego przed decydującą rundą ciągnął głównie mający formę życia Radović, ale nie tylko. Świetną robotę wykonywał Ljuboja, defensywę w ryzach trzymali Żewłakow z Komorowskim, ciągłe bardziej kluczowym ogniwem stawał się Rybus, a coraz mocniej do pierwszej drużyny pukała młodzież w postaci Żyry czy Wolskiego. Ważnym elementem drugiej linii był także Borysiuk.

Na wiosnę jednak popełniono w Warszawie szereg błędów, które przyczyniły się do klęski na koniec sezonu. Sprzedano trzy ważne ogniwa zespołu Komorowskiego, Borysiuka i Rybusa, co jednak nie było błędem Skorży, który nie miał za bardzo na te decyzje wpływu. W „zasługach” trenera trzeba jednak zapisać kilka rzeczy. Po pierwsze notoryczne stawianie na będącego ewidentnie bez formy wiosną Radovicia. Serb po kontuzji nie był już tym samym zawodnikiem, który decydował o wynikach Legii na jesień. Skorża jednak ślepo na niego stawiał licząc, że ten w końcu odpali. Brak też było u trenera odważnych decyzji, jak zmiana systemu gry w momencie kiedy drużynie nie szło. I tu dochodzimy do drugiego Serba w zespole – Ljuboji. Charyzmatyczny napastnik w taktyce Skorży był jedynym środkowym napastnikiem. Niezależnie, czy grał dobrze, czy też niekoniecznie. Skorża bał się go posadzić na ławce, bał się także zagrać dwójką w ataku. Ljuboja nie miał zmiennika? A Blanco, który tak naprawdę nie dostał szansy, gdyż grał tylko ogony? A Kucharczyk, który jest stworzony do gry w ataku, a wystawiany był na skrzydle gdzie głównie zawodził? Być może Skorża bał się tego, jakby Ljuboja zareagował na siedzenie na ławce – nie od dziś znany jest przecież trudny charakter Serba.

Przez decyzje Skorży kontuzji doznał także duch i mentalny lider zespołu Michał Żewłakow. Przez to w kilku ważnych spotkaniach w końcówce sezonu trener legionistów postawić musiał na nową (w tym sezonie) parę stoperów Astiz – Choto. Efektem tego była choćby strata trzech punktów z Lechem na Łazienkowskiej. Punktów, które mogły dać Legii w niedzielę majstra.

O aspektach, które zadecydowały o ostatecznej porażce Legii można by jeszcze pisać długo. Skupmy się jednak na nowym  mistrzu. Śląsk całą wiosnę zawodził. Mówiło się o złym przygotowaniu, o konflikcie na linii zawodnicy-trener, o problemach finansowych w postaci nie płacenia piłkarzom przez właściciela. Śląska całą niemal rundę wiosenną grał słabo bądź jeszcze gorzej. Królowi trzeba jednak oddać co królewskie – w najważniejszym momencie, na finiszu rozgrywek, w chwili gdy kolejne wpadki zaliczali główni rywale Wrocławian, drużyna Oresta Lenczyka podniosła się, zaczęła wygrywać i wykorzystała głównie beznadziejną formę Legii.

Co teraz czeka Śląsk? Najgorsze jest to, że nie do końca to wiadomo. Fochy stroi Zygmunt Solorz, który finansował klub wraz z miastem. Bez jego pomocy (czyt. pieniędzy) raczej mało prawdopodobne są wzmocnienia na tyle duże (i kosztowne), aby walczyć jak równy z równym o Ligę Mistrzów. Samo miasto nie udźwignie finansowo tego ciężaru. A dzisiejszy Śląsk, trzeba powiedzieć szczerze, nie ma szans na zwojowanie Europy. Pokazała to choćby ostatnia pucharowa przygoda WKS-u. To mistrzostwo jest po prostu apogeum możliwości tego składu.

Jeśli nie wszystko, to przynajmniej większość, a propos dalszego rozwoju Śląska zależy od Solorza. W tym momencie zupełnie nie wiadomo, jak będzie wyglądał budżet nowego mistrza Polski na nowy sezon. A nowy sezon dla drużyny z Wrocławia zacznie się bardzo szybko. W tej chwili od decyzji głównego udziałowca zależy tak naprawdę czy wielkie dni Śląska dopiero się zaczynają, czy właśnie skończyły się równo ze zdobyciem tytułu.

Reszta? Zasłużenie spadły ekipy Cracovii oraz ŁKS-u. Pierwszy przypadek jest wręcz ewenementem, że klub mający pieniądze, z takim stadionem i stabilnością co roku walczy desperacko o pozostanie w lidze. To, co się stało teraz, czyli spadek, w końcu musiało jednak nastąpić, bo jest to konsekwencją nie wyciągania wniosków z własnych błędów przez profesora Filipiaka. Pytanie tylko czy spadek coś zmieni w tej materii. Z kolei jeśli chodzi o ŁKS, to nie da się utrzymać zespołu mając w trakcie sezonu  czterech czy pięciu trenerów czy jeśli klub utrzymuje się dzięki pomocy kibiców. Absurdem jest szczerze mówiąc fakt, iż łodzianie otrzymali licencję.

Komu pochwały? Na pewno Zagłębiu, a bardziej Pavlowi Hapalowi. Po jesiennych meczach wszyscy Czecha skreślali, większość wręcz drwiła. A wicemistrz Europz y 1996 roku dźwignął „Miedziowych” z ostatniego na dziewiąte miejsce robiąc z nich rycerzy wiosny i potwierdzając, że jego sukcesy na Słowacji nie były dziełem przypadku. Świetny, jak na debiut w elicie, sezon zaliczył z Koroną Leszek Ojrzyński. Plus należy się także Adamowi Nawałce i jego Górnikowi, a także Mariuszowi Rumakowi, który w Lechu w dwa miesiące uratował to, co psuł przez ponad rok Jose Mari Bakero. Z kolei ciężko ocenić Jagiellonię, gdyż dział się tam zbyt duży chaos.

Największe brawa należą się jednak Ruchowi Chorzów i Waldemarowi Fornalikowi, moim zdaniem – najlepszemu w tym momencie polskiemu trenerowi. Historia Ruchu i Fornalika pokazuje, że stare porzekadło o recepcie na sukces, które mówi o zaufaniu, cierpliwości i ciągłości rozpoczętej pracy, się jednak sprawdza – Fornalik jest najdłużej pracującym szkoleniowcem w ekstraklasie. Ruch jest największym po Śląsku wygranym tego sezonu, a jego przypadek pokazuje coś, co jest bardzo potrzebne dzisiejszej piłce i to niekoniecznie tylko polskiej – że futbol to nie tylko pieniądze, że sukces da się osiągnąć także bez wielkich pieniędzy i bez wielkich indywidualności, lecz uporem, ciężką pracą i kolektywem.

Zupełnie inne zasady panują w warszawskiej Polonii. O prezesie Wojciechowskim powiedziano i napisano już chyba wszystko. Ponoć „Boss” po sezonie odchodzi od futbolu na zawsze. Szczerze? Mam nadzieję, że tak zrobi. Ten sezon był ostatnim jaki osobiście dawałem szefowi Polonii na to, by w końcu zapanował nad swoim temperamentem i w normalnych warunkach budował Polonię. Do tej pory nie popierałem jego metod, lecz nie chciałem go krytykować, gdyż robi on coś, co nie zdarza się w kraju nad Wisłą – łoży swoje prywatne pieniądze na futbol. Zaznaczmy, że ogromne pieniądze. Niektórzy są jednak w niektórych aspektach pozostają niezmieniani i w tej chwili dla Polonii nawet może i lepsza będzie bieda niż ten cały folwark pana JW.

Prawdziwe trzęsienie ziemi miało miejsce w Wiśle. A być może to dopiero przedsmak zmian, jakie szykują się na Reymonta – zmian, które jednak w końcu musiały przyjść.

Słaby sezon zaliczyły ekipy z Bełchatowa i przede wszystkim Gdańska, które do końca musiały drżeć o ligowy byt – zmiana trenera w obu miejscach jak najbardziej wskazana. Po dobrej jesieni dużo słabszą wiosnę zaliczył Widzew, a prawdziwą sinusoidą okazała się forma Podbeskidzia. Najważniejsze pod Klimczokiem jest jednak to, że ekstraklasa zawita tam także za kilka miesięcy. Ogólnie pracę trenerów Mroczkowskiego i Kasperczyka oceniłbym in plus.

Jaki więc to był sezon dla kibica? Niby ciekawy, bo jeszcze przed ostatnią kolejką o mistrzostwo kraju walczyły cztery ekipy. Z drugiej strony przez cały sezon te emocje wyglądały tak, że większość spotkań „na szczycie” kończyło się wynikami 0-0, 0-1 i 1-0. Dużym plusem jest na pewno infrastruktura, która cały czas się poprawia i poprawiać się jeszcze będzie. Opakowanie jest, jednak potrzebny jest też produkt dobrej jakości. A tej jakości był niestety przez ostatnie dziesięć miesięcy nie za wiele.

23:19, pan.ado.skywalker
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 stycznia 2012
Równia pochyła Nottingaham

Walczące od dwóch lat o awans do Premier League, będące jednym z faworytów do promocji i przed obecną kampanią, Nottingham Forest, po ponad połowie sezonu Football League Championship znajduje się w strefie spadkowej. Co się stało, że w pół roku jedna z najbardziej znaczących sił na zapleczu elity stała się chłopcem do bicia, którego nikt już się nie boi?

Nottingham, po chudych latach, w sezonie 2007/08 awansowało do Championship. Dokonał tego manager Colin Calderwood, który jednak szybko przekonał się, że League One, a Championship, to trochę inny rozmiar kapelusza. Po słabym starcie kampanii 2008/09 zwolniono go, po domowej porażce w Boxing Day 2008 z Doncaster.

Na nazwisko nowego managera kibice z City Gorund długo czekać nie usieli. Już w sylwestra trzy i pół letni kontrakt podpisał Billy Davies. I Szkot, stosunkowo spokojnie, utrzymał jednokrotnego mistrza Anglii w Championship. Ale to był dopiero początek jego sukcesów w Nottingham, które w ostateczności doprowadziły go do bezrobocia.

W kolejnych dwóch sezonach Davies uczynił Forest czołową siłą FLC. Dostał pieniądze i dokonał trafnych wzmocnień zespołu, Forest mieli nawet serię osiemnastu spotkań bez porażki. I dwukrotnie meldowali się na koniec sezonu w strefie barażowej. Niestety, dla Daviesa i jego przyszłości na City Ground, Nottingham dwukrotnie te baraże przegrali. Po zeszłym sezonie sternicy  Nottingham, mimo ważnego jeszcze rok kontraktu Daviesa, postanowili się z nim pożegnać. Jak się szybko okazało, to był największy błąd dziesięcioletnich rządach Nigela Doughty’ego w lasach Sherwood.

Następcą Daviesa mianowano Steve’a McClarena. Były selekcjoner reprezentacji Anglii dokonał kilku transferów, które jednak w większości okazały się niewypałami. Jonathan Greening nie zdobył ni bramki ni asysty, George Boateng zagrał ledwie w kilku meczach. Zawodzi także ulubieniec kibiców i wychowanek klubu Andy Reid, tak samo jak ten, który miał załatać dziurę po Robercie Earnshaw – Matt Derbyshire (ledwie trzy ligowe bramki). Drużyna McClarena grała słabo, niewiele przypominała ekipę sprzed kilku miesięcy, walczącą o najwyższe cele Championship.

Rudowłosy trener był trzymany na ławce do 2. października. Z trzynastu spotkań wygrał ledwie trzy. Jego następcą został Steve Cotterill, do tej pory prowadzący Portsmouth, uważany za utalentowanego managera młodego pokolenia.

Debiut Cotterill miał obiecujący, mimo, że terminarz był arcytrudny: Middlesbrough, Blackpool, Hull, Reading, czyli sama ścisła czołówka. Nottingham odniósł jednak trzy zwycięstwa, przegrywając jedynie z Tygrysami, i to minimalnie. Później przyszła jeszcze sroga lekcja od klubu, który Cotterill prowadził jeszcze niecały miesiąc wcześniej (0-3 z Portsmouth) i kolejne zwycięstwo, z Ipswich. Sześć meczów, dwanaście punktów i awans o sześć pozycji. Wszyscy na City Ground byli już niemal pewni, że wracają stare, zwycięskie czasy. Wszyscy się mylili.

Od spotkania z Ipswich na kolejne zwycięstwo Forest czekali ponad miesiąc. Złożyło się na to siedem gier, z czego aż sześć przegranych i następstwem był powrót do strefy spadkowej. Po tym jeszcze tylko wygrana z Ipswich i porażka kilka dni temu z Southampton.

Problem słabych wyników Nottingham polega na jednej rzeczy. Gdy zwolniono Daviesa i zatrudniono McClarena, ten drugi zaufał piłkarzom, którzy byli tak blisko awansu do elity, dodając do składu kilku, którzy mieli dodać trochę nowej jakości. Nowi gracze raczej tego nie zrobili, a stara gwardia pewnej poprzeczki raczej już nie przeskoczy. Tej drużynie potrzeba po prostu większego przewietrzenia kadry, trochę nowej jakości. Dodania czegoś, czego zabrakło przez ostatnie dwa lata. Jestem pewien, że zrobiłby to Davies, gdyby tylko dano mu kontynuować pracę z dwukrotnym triumfatorem Pucharu Europy. Jeśli Cotterill nie dokona solidnych transferów tej zimy, to boje się niestety, że Forest do końca walczyć mogą o utrzymanie.

17:01, pan.ado.skywalker
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 stycznia 2012
Co dalej z Boltonem?

Niewiele ponad rok temu Bolton Wanderers zajmował szóste, pucharowe miejsce w tabeli Barclays Premier League. Co się stało, że minęło kolejne trzynaście miesięcy i drużyna, która wcale nieprzypadkowo była tak wysoko w stawce, od połowy września znajduje się w strefie spadkowej?

Jeszcze rok temu w jednym z tekstów chwaliłem pracę Owena Coyle’a na Reebok Stadium. Bo faktycznie było za co. Gdy Szkot obejmował Kłusaki na początku 2010 roku zespół znajdował się w strefie spadkowej. Zakończył sezon Bolton na bezpiecznym 14. miejscu z przewagą dziewięciu punktów nad strefą spadkową. Spektakularny wynik to co prawda nie był, lecz misję jaką mu powierzono wypełnił z stu procentach.

W kolejnej kampanii – 2010/11 – Wanderers byli rewelacją jesieni. Jeszcze w grudniu zajmowali, wspomniane, szóste miejsce. Rok 2010 był więc dla Coyle’a co najmniej bardzo udany.

Kłopoty zaczęły się wraz z wejściem w zeszły rok. Do końca sezonu, na co składało się 18 meczy, Bolton aż jedenaście przegrał. I sezon zakończył na tym samym miejscu, co przed rokiem – 14. Wtedy jednak można było jednak twierdzić, że w końcu ekipa z Reebok Stadium musiała złapać dołek, bo niezwykle rzadko zdarza się przecież, że ligowy co najwyżej średniak cały sezon utrzymywał równą i wysoką formę.

Ten sezon jest jednak dla Coyle’a i Boltonu wręcz fatalny. Kłusaki od piątej kolejki nieprzerwanie są w strefie spadkowej, a zdarzało się, że byli nawet czerwoną latarnią ligi. Wnioski jednak, dlaczego tak się dzieje, nasuwają się same.

Z klubu odszedł najlepszy strzelec z zeszłego sezonu – Johan Elmander. Nie ma w klubie także rewelacji rundy wiosennej zeszłej kampanii Daniela Sturridge’a, który bramki strzela już na Stamford Bridge. Zastąpiono ich Davidem Ngogiem, który jak raził nieskutecznością w Liverpoolu, tak robi to teraz na Reebok. Też Kevin Davies, nie mając przy sobie odpowiedniego partnera z przodu, nie jest tym piłkarzem, jakim był jeszcze rok temu. Sanli Tuncay nie strzelił nawet jednej bramki. Jedynym, który jako tako nie zawodzi jest strzelec siedmiu ligowych bramek Ivan Klasnić – jedyny, który skorzystał na odejściu Elmandera i Sturridge’a.

Dużo Bolton stracił także w drugiej linii. Jeszcze na boisko nie wrócili kontuzjowani niemal przed rokiem Lee Chung-Yong oraz Stuart Holden – dwaj najlepsi pomocnicy ery Coyle’a. Szkot znalazł co prawda latem ich zastępców – Chrisa Eaglesa oraz Nigela Reo-Cokera – jednak nie spełniają oni (szczególnie były pomocnik Aston Villi) pokładanych w nich nadziei. Bez nich loty obniżyli Fabrice Muamba, Martin Petrow i Mark Davies.

Teraz manager Boltonu stracił Gary’ego Cahilla, czyli ostoje bloku defensywnego. Co prawda stoper reprezentacji Anglii ten sezon miał trochę gorszy niż poprzedni – najlepszy w swojej karierze – ale widać było od dłuższego czasu, że męczy się on już w Wanderers. Ma go zastąpić Amerykamin Tim Ream.

Tak więc Coyle stracił – z różnych powodów, aczkolwiek raczej takich, na które nie miał wpływu – trzon zespołu: Cahill – Holden – Lee – Elmander. Z zawodników, wokół których budował swój team został mu w zasadzie tylko bramkarz Jaaskalainen.

Jeśli Coyle szybko nie wymyśli czegoś, co uzdrowi Bolton, to może mieć poważne kłopoty. Jego sytuacja wygląda trochę podobnie do tej, jaką miał Steve Bruce. A jego w Sunderlandzie już nie ma…

17:03, pan.ado.skywalker
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 stycznia 2012
Sześć tygodni prawdy Tottenhamu

W najbliższy weekend Tottenham Hotspur czeka niezwykle ciężki i ważny mecz. Koguty jadą do Manchesteru, aby zmierzyć się z liderem  tabeli – City.

Po ostatniej kolejce, w której Spurs nieprzyjemnie potknęli się w spotkaniu z Wolves ledwie u siebie remisując, zajmują trzecią pozycję w stawce i tracą do lidera pięć punktów, a do drugiego Man United dwa. Łatwo więc się domyślić jak ważne, wręcz kluczowe dla piłkarzy i kibiców z północnego Londynu, będzie wczesne niedzielne popołudnie.

Nietrudno jest wpaść na to, dlaczego tak będzie. Przegrana ekipy Redknappa bardzo oddali ich nie tyle od tytułu mistrza kraju, co od walki o niego. W przypadku wygranej Obywateli wydłużą oni dystans dzielący oba kluby do ośmiu oczek, co, przy takim sezonie jaki aktualnie mamy – patrząc na skuteczność w punktowaniu ścisłej czołówki – będzie oznaczało to niemal koniec wyścigu.

Tottenham nie może więc przegrać na Etihad. Ale nawet gdy tak się stanie może to być dopiero początek trudności londyńczyków. W końcówce stycznia czeka ich jeszcze potyczka ze słabym Wigan, ale przez cały luty Tottenham będzie przechodził „miesiąc prawdy”. Wtedy czekają na Spurs, kolejno, Liverpool (wyjazd), Newcastle (dom), Arsenal (wyjazd) oraz Man Utd (dom, już początek marca).

Dwukrotni mistrzowie Anglii, od przynajmniej dwóch lat, mają aspiracje mistrzowskie, o których coraz głośniej zresztą mówią. Od dwóch lat i sezonu, w którym zapewnili oni sobie historyczny awans do Champions League, drużyna jest bardzo mądrze budowana. Pozostał trzon zespołu, ten który w głównej mierze zapewnił ostatnie sukcesy w kraju i w Europie. W tym sezonie Redknapp dokonał kolejnego kroku naprzód ku rozwojwoi zespołu – sprowadził (w końcu) bramkarza, któremu zawsze może ufać. Bo takim z pewnością jest Brad Friedel.

Kluczowym dla obecnej, udanej jak dotąd kampanii w wykonaniu Spurs, jest także gra w zespole Scotta Parkera. Anglik, wraz z Modriciem, tworzy najlepszy środek pola w Premier League. A osobiście uważam, że włączając skrzydłowych Lennona i Bale’a Koguty posiadają najlepszą drugą linię w lidze.

Małym problemem są obrona i atak. I nie chodzi do końca o ich jakość. W defensywie największą bolączką są ciągłe absencje stoperów spowodowane ich stoperów. Jak nie King to Dawson, jak nie on to Gallas itd. I tak w kółko. Co do ataku, Tottenham posiada napastników z bardzo wysokiej półki, jednak nie z najwyższej. Redknapp gra jednym środkowym oraz powieszonym pod niego Van der Vaartem. Adebayor jest gwarantem częstego trafiania do siatki, jednak nie jest on napastnikiem, który strzela gola w niemal każdym meczu. Jak Van Persie czy Aguero. Przy ustawieniu Redkanappa Defoe jest tyko rezerwowym, a Pawliuczenko jedyne na co może liczyć to gra w krajowych pucharach.

Tak, czy inaczej, w każdy najbliższy weekend czeka na Koguty „mecz prawdy”. I wtedy rzeczywiście przekonamy się na ile zespół ten jest gotowy na prawdziwą, do ostatniej kolejki, walkę o tytuł mistrza Anglii.

23:55, pan.ado.skywalker
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 stycznia 2012
Martin Keown ciągle w formie

Może pójdzie śladami Henry'ego i też wróci do Kanonierów? Główkuje jak za dawnych lat. A przy obecnych problemach Wengera w obronie...

Całe szczęście, że nie oberwały te dwie blondyneczki z lewej :)

Tagi: humor
19:55, pan.ado.skywalker
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Czarne chmury nad Loftus Road

Wczoraj, jak grom spadły na kibiców Queens Park Rangers dwie informacje, mogące być kluczowymi dla losów The Hoops w tym sezonie. Otóż zerwania więzadeł krzyżowych, w sobotnim meczu z MK Dons, doznał Alejandro Faurlin, a zwolniony z funkcji managera klubu został Neil Warnock.

Ali Faurlin stał się w tym sezonie liderem ekipy z Londynu. Piłkarz, który przybył do Anglii 2,5 roku temu już w pierwszym sezonie występów w pasiastej koszulce został wybrany piłkarzem roku przez fanów z Loftus. W zeszłej kampanii był bardzo ważnym punktem drużyny, która wygrała Championsip, a teraz zagrał we wszystkich dwudziestu meczach QPR w Premier League i był najrówniej grającym zawodnikiem. Świetny w odbiorze, precyzyjny w rozgrywaniu. Po prostu, kawał klasowego defensywnego pomocnika. Teraz jednak, i tak słabo grający Rangersi, będą musieli sobie radzić bez argentyńskiego generała.

Zwolnienie Warnocka było, z koeli, bardzo zaskakujące dla praktycznie wszystkich, a przynajmniej większośći. Fakt faktem, drużyna, która nieźle wystartowała i jeszcze dwa miesiące temu była na dziewiątym miejscu, od tego czasu nie wygrała żadnego meczu i jest teraz ledwie punkt nad kreską. QPR grał w ostatnich tygodniach po prostu źle – słabo w obronie i bez błysku w ofensywie. Czara goryczy przelała się w minioną sobotę, kiedy R’s, po bardzo słabiutkim występie, tylko zremisowali z trzecioligowcem z Milton Keynes w FA Cup, strzelając wyrównująca bramkę rzutem na taśmę.

Słabe wyniki – taka jest oficjalna postawa zarządu, a dokładniej właściciela Tony’ego Fernandesa – odnośnie powodu zwolnienia Warnocka. W kuluarach mówi się jednak, że Fernandesowi bardzo nie spodobała się styczniowa lista transferowa jaką sporządził Warnock. Na pierwszych jej miejscach byli tacy piłkarze jak Yakubu, Samba, (Andy) Johnson czy Onuoha. Malezyjski boss nie tego jednak oczekiwał, chciał „wielkich nazwisk”.

Warnock od lat jest osobą kontrowersyjną, niezwykle barwną. Tak było i teraz. Krytykował sędziów, krytykował FA. Choć powody także miał. Teraz jednak na Loftus Road jest już (prawie) Mark Hughes, który jeśli dogada się odnośnie warunków współpracy, to zapewne obejmie drużynę beniaminka. Walijczyk ma swoją markę, na swojej robocie się zna.

QPR ostatnio faktycznie grało słabiutko więc powód swojej decyzji Fernandes ma i nikomu tłumaczyć się z tego nie musi. Jak sam mówi oczekiwania ma dużo większe i Warnock, w ostatnim czasie, ich nie spełniał. Malezyjczyk ma nadzieję, że nowy trener odmieni drużynę. Tak jak to się stało jak w przypadku Sunderlandu i Martina O’Neilla. Z drugiej strony, szkoda jednak, że nie dał dokończyć roboty Warnockowi.

Sytuacja przypomina nieco sytuację w Newcastle sprzed ponad roku. Tam, także z powodu słabych wyników, oraz także niespodziewanie, zwolniono Chrisa Hughtona, który też dopiero co wprowadził Sroki na salony w glorii zwycięzcy Championship. Kibice byli niezadowoleni ani ze zwolnienia Hughtona, ani z mianowania jego następcą Alana Pardew. Teraz jednak nikt nad Tyne bez Pardew nie wyobrażają sobie ekipy z St James’s.

Ciężko powiedzieć, czy zwolnienie Warnocka w tym momencie – na samym starcie okna transferowego – jest dobrym ruchem Fernandesa. Kadrowo QPR – szczególnie w ofensywie – teoretycznie nie prezentuje się źle. Jednak wszyscy ci na których najbardziej liczono, zawodzą: Campbell, Bothroyd, Taabart. Szczególnie ten ostatni, najlepszy piłkarz Championship zeszłego sezonu, od którego w QPR zależało bardzo dużo. Teraz lider zawodzi i to widać w grze całego zespołu. Zawodzą także sprowadzeni napastnicy, których przyćmił ten, co po ich przyjściu miał być „ostatnim wyborem” w ataku. A tylko on nie zawodzi. Warnock widział co się dzieje, planował zmiany. W 20 meczach Queens Park ugrał tylko 17 punktów i strzelił ledwie 19 bramek, tracąc aż 35. Roszad dokona jednak ktoś inny. Szkoda, że Warnockowi nie dano dokończyć tego, co zaczął na wiosnę 2010 roku, kiedy The Hoops pałętali się w ogonie zaplecza BPL. Miejmy jednak nadzieję, że Fernandes się nie mylił…

20:34, pan.ado.skywalker
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 stycznia 2012
Jordan Rhodes, czyli najlepszy snajper na Wyspach

Jest taki napastnik, o którym już chciałem coś napisać kilka miesięcy temu. Wczoraj sprawił on, że w końcu to robię. Nazywa się Jordan Rhodes. Znacie?

Rhodes ma 21 lat i gra w trzecie lidze angielskiej, w barwach Huddersfield. Wczoraj dokonał rzeczy niespotykanej w profesjonalnym futbolu, strzelił bowiem pięć bramek w wygranym przez The Terries 6-0 wyjazdowym spotkaniu z Wycombe. Po wczorajszym popisie młody Szkot ma na koncie już 25 bramek, w 21 ligowych meczach w obecnej kampanii. Ogółem, w tym sezonie już 31 razy trafiał do siatki (23 występy). A mamy dopiero początek stycznia.

Rhodes, mimo że urodził się w Anglii, ma już za sobą debiut w dorosłej szkockiej kadrze. Jest wychowankiem Barnsley, skąd jednak w wieku piętnastu lat odszedł do Ipswich. Tam nie pograł za wiele, w ciągu czterech lat ledwie dziesięć występów i jednak bramka. Po drodze był jednak wypożyczany do słabszych drużyn, gdzie, z roku na rok, coraz bardziej ujawniał się jego talent. W 2009 roku strzelił siedem bramek w 14 grach z emblematem Brentford na piersi i to zaowocowało transferem do Huddersfield. Tam talent Szkota ujawnił się bardzo szybko.

W ciągu 2,5 roku, w ponad stu występach w pasiastej koszulce strzelił 60 bramek. Połowę z nich jednak w ciągu ostatniego półrocza. I już zęby na niego ostrzą sobie możniejsi. West Ham, Tottenham, Everton, Aston Villa, Norwich, Newcastle, West Brom, Celtic. Lista z dnia na dzień się powiększa.

Oczywiście League One, a Premier League to dwa różne światy. Nawet PL oraz Championship to zupełnie inny rozmiar kapelusza. Było przecież wielu supersnajperów z Football League, którzy w ekstraklasie zawodzili. Choćby taki Jason Stead, czy najświeższy przypadek – Jermaine Beckford. Tyle, że oni nie strzelali AŻ tyle.

Pytanie tylko, czy Rhodes już teraz jest gotowy na transfer do elity. Najrozsądniej byłoby zakończyć sezon w Huddersfield i potem myśleć. Dużo też by zależało od tego, czy Town awansują do Championship, na co mają duże szanse.

Kończąc, jeśli chłopak będzie podejmował dobre decyzje, to na pewno nie skończy jak wspomniany Stead i jeszcze o nim usłyszymy. Powodzenia.

17:58, pan.ado.skywalker
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 stycznia 2012
Londonderry - miejsce zachwiania futbolowej lojalności

Jest takie miejsce na ziemi, gdzie futbolowa lojalność jest ostro podzielona. Nazywa się Londonderry, albo po prostu Derry – drugie co do wielkości miasto w Irlandii Północnej.

Od lat trwa już wojna między związkami federacji Irlandii Północnej, z irlandzką Republiką. Chodzi  mianowicie o problem piłkarzy urodzonych w północnej części wyspy, którzy za młodu reprezentują barwy młodzieżówek Ulsteru, by później biegać w koszulce rywala – Republiki Irlandii. Kolejny raz spór wywołał dziś młody skrzydłowy Sunderlandu James McClean.

McClean, który przybył na Stadium of Light latem tego roku z Derry Ciy, którego jest – a jakże – wychowankiem, od niespełna miesiąca jest odkryciem boisk Premier League. A bardziej odkryciem Martina O’Neilla, gdyż 22-latek swój pierwszy mecz w koszulce Czarnych Kotów zagrał dopiero za kadencji nowego managera, który sprawuje swe obowiązki od miesiąca. McClean przebojem wdarł się do wyjściowej jedenastki odradzającego się Sunderlandu i jego występy należy ocenić jako co najmniej niezłe. Zdobył już nawet swoją premierową bramkę.

I nagle młodemu chłopakowi z Ulsteru serce zaczęło bić dla Republiki. „Jestem zadeklarowany Republice,” powiedział bohater dnia, prywatnie reprezentant Irlandii Północnej U-21. „To miejsce, w którym widzę swoją przyszłość. Nie dostałem jeszcze powołania, ale wierzę we własne umiejętności i wierzę w powołanie z Republiki Irlandii”.

Chłopczyna nagle zobaczył, że może więcej. I automatycznie chce więcej. Bo po co grać w słabej Irlandii Północnej, jak np. można pojechać z Irlandią na Mistrzostwa Europy?

Nie jest to pierwszy i zapewne nie ostatni taki przypadek. Niedawno podobny problem mieli Irlandczycy z Północy z innymi gwiazdami swoich młodzieżówek, innymi chłopakami z Derry: Shane’ami, Fergusonem z Newcastle i Duffym z Evertonu.

Oczywiście problem nie dotyczy tylko młodzieży z Derry, lecz także z innych miast (młodzieżowcy Daniel Kearns czy Daniel Devine). "Problem Londonderry” jest po prostu najświeższy – w ciągu ostatniego ponad roku trzech utalentowanych zawodników stamtąd zdradziło Ulster.

Przez historię wyżej opisaną przechodziło w przeszłości już kilku bardziej znanych grajków: Marc Wilson (Stoke) czy Darron Gibson (Man Utd).

A problem będzie trwał nadal. Maleńka Irlandia Północna nie ma szans w rywalizacji z Republiką. Jak powiedział manager IP U-21 Steve Beaglehole: „Sukcesy Republiki w kwalifikacjach Euro 2012 mogą skusić niektórych naszych zawodników, by zmienić wierność. Nie winię Republiki za to, że przyjmują naszych piłkarzy, którzy chcą grać u nich. To, czego nie mogę zrozumieć, to to, że nie ma odszkodowania. Tak to działa w piłce klubowej.”

I faktycznie, nie wolno do końca winić Irlandczyków, że z otwartymi rękami przyjmują utalentowaną młodzież z Ulsteru. Brak odszkodowania także jest dyskusyjny, ale to temat nie tylko „irlandzki”. Problem polega jednak na tym, co się dzieje z chłopakami, z tak mocno patriotycznego narodu jak Irlandia Północna? Bo to zdecydowanie nie jest taka sama sytuacja jak z „naszymi” „farbowanymi lisami”…

czwartek, 05 stycznia 2012
Demba Ba - nowy król Newcastle

Rok temu, gdy przychodził do Premier League nikt praktycznie na Wyspach go nie znał. Teraz jest wiceliderem strzelców ligi oraz piłkarzem, który jest na ustach wszystkich. Nazywa się on Demba Ba.

Senegalski napastnik strzelił w tym sezonie już 15 goli w BPL, dziewiętnaście razy wąchając murawę . Tak więc jest on zdobywcą ponad połowy bramek dla Srok. Bramki te były bardziej lub mniej ważne, przełomową jest jednak ta z 4. stycznia. Ta, która rozpoczęła początek końca mistrza Anglii na St James’s Park.

26-letni dziś Ba urodził się pod Paryżem, mimo to reprezentuje barwy Senegalu. Piłkę kopać zaczął w wieku siedmiu lat w klubie Montgaillard, by później stacjonować jeszcze w trzech innych francuskich klubikach i w wieku niespełna piętnastu lat trafić na testy do Watford i Barnsley. Na rok trafił do ekipy Szerszeni, jednak w 2005 roku opuścił Wyspy, gdyż nie miał wielkich szans na grę u ówczesnego opiekuna podlondyńskiego klubu – Aidy Bothroyda. Wrócił do Francji.

Tam podpisał swój pierwszy seniorski kontrakt, a dokładniej, w FC Rouen. W trzeciej lidze francuskiej ujawnił się jego talent w dorosłej piłce – w 26 meczach 22 razy trafiał do siatki.

Stamtąd, po roku, trafił do belgijskiego Excelsioru Mouscron, gdzie spędził także tylko rok. W Jupiler League rozegrał jednak tylko 12 meczy, w których zdołał jednak strzelić aż osiem bramek. Przez większą część sezonu pauzował z powodu złamania kości piszczelowej i strzałkowej. Wtedy też zadebiutował w pierwszej reprezentacji Senegalu.

To wystarczyło jednak do kolejnego transferu, tym razem 2. Bundesligi, a konkretnie do Hoffenheim, które wyłożyło na stół trzy miliony funtów. Pierwszy sezon w barwach Wieśniaków przyniósł 12 bramek i historyczny awans klubu do 1. Bundesligi. Drugi, z kolei, był najlepszym w Niemczech (14 bramek). Ostatnie półtora roku nie było już co prawda tak dobre w wykonaniu napastnika - strzelił 11 ligowych bramek w 34 występach - ale mimo to zdecydował się na kolejny krok w karierze.

Tymże były przenosiny do West Ham dwanaście miesięcy temu (mimo, że dopiero co przedłużył kontrakt w Hoffenheim). W ciągu pół roku strzelił dla Młotów w Premier League siedem bramek w dwunastu meczach, jednak nawet to nie pomogło w utrzymaniu klubu ze wschodniego Londynu. Wtedy było już jednak widać, że mamy do czynienia z napastnikiem, co się zowie. 17. czerwca podpisał trzyletni kontrakt na St James’s.

Tej jesieni talent Senegalczyka eksplodował na dobre. W najgorszym przypadku stanowi on 50% siły The Magpies i jest on największą bronią ekipy z północy Anglii. Alan Pardew i Newcastle zrobiły interes życia, nawet większy niż sprzedaż Andy Carrolla do Liverpoolu.

W momencie, kiedy West Ham spadł do Champiosnhip kontrakt Demby Ba automatycznie został rozwiązany, tak więc Sroki zgarnęły napastnika za darmo. Jak się okazało jednego z najlepszych snajperów w lidze.

Patrząc na dotychczasowy przebieg kariery zawodnika wydaje się, że rok 2012 może okazać się kluczowym w jego piłkarskim życiu. Jeśli na wiosnę utrzyma formę z minionego roku, to ciężko będzie Srokom w lecie go zatrzymać.

Pół roku kibice znad Tyne musieli czekać na nowego króla Newcastle. I się doczekali.

środa, 04 stycznia 2012
3,5 miesiąca w miesiąc - Martin O'Neill

Martin O’Neill został mianowany managerem Sunderlandu 3. grudnia ubiegłego roku, czyli miesiąc z minimalnym okładem. Niby czasu na jakąkolwiek ocenę to mało, jednak patrząc na to jak Irlandczyk odmienił ekipę Czarnych Kotów pierwsze wnioski można już śmiało postawić.

Charyzmatyczny Irlandczyk przejął drużynę po tym, jak 30. listopada zwolniony został – z powodu słabych wyników – Steve Bruce. I faktycznie tak było. Brucie, po tym jak przejął zespół po sezonie 2008/09, w którym to The Black Cats prawie spadli z Premier League, w kolejnym zostawił ich na, co prawda nie olśniewającym, lecz dużo bardziej bezpiecznym 13 miejscu.

Kolejny sezon wydawał się jednak być przełomowym dla byłej podpory defensywy Manchesteru United. Wydawał. Po ponad dwudziestu kolejkach Sunderland był niespodzianką kampanii, zajmował szóste miejsce i coraz głośniej zaczęto mówić o europejskich pucharach. Od tego czasu jednak Bruce prawie wszystko przegrał i sezon zakończył na dziesiątej pozycji. Niby  aż o trzy miejsca wyższej niż rok wcześniej, ale ta dziesiątka była dla wszystkich na Stadium of Light raczej wielkim niedosytem niż jakimkolwiek sukcesem.

Jako o głównym powodzie dużo słabszej wiosny 2010 mówiono o dość łatwym (choć bardzo zyskownym) pozbyciu się Darrena Benta, który przez rok 2009 strzelał większość bramek dla AFC Sunderland. W lecie Bruce oddał drugiego najlepszego strzelca Asamoah Gyana i zastąpił go chimerycznym i nieskutecznym Niklasem Bendtnerem, nastoletnim Conorem Wickhamem oraz nikomu nieznanym Koreańczykiem Dongiem. Do tego dokupił kilku niezłych grajków na inne pozycje. Efekty był taki, że Czarne Koty, po 16 kolejkach, w których prowadził ich Bruce w tym sezonie, zgromadziły ledwie jedenaście oczek i plasowały się na dopiero szesnastej pozycji. Nie było innego wyjścia, Brucie poleciał.

3. grudnia zastąpiono go Martinem O’Neillem, managerem znanym od lat, od lat odnoszącym mniejsze bądź większe sukcesy na Wyspach, ale, o dziwno, od niemal półtora roku bezrobotnego. Dzień po podpisaniu kontraktu Sunderland grał – jeszcze bez O’Neilla na ławce – z Wolves i ten mecz przegrał. W poniedziałek po meczu nastąpiły rządy Irlandczyka.

Od tego czasu nowy boss Sunderlandu poprowadził zespół w sześciu spotkaniach. I w tych sześciu meczach ugrał więcej punktów niż Bruce w 13. Przegrał tylko raz, ale nie z byle kim, bo z Tottenhamem. W tej chwili sześciokrotnym mistrz Anglii ma nieco ponad dwa razy więcej punktów niż przed miesiącem i w tym czasie awansował o sześć pozycji w tabeli. Jak to możliwe?

Przy O’Neillu na dobre rozegrał się Stephane Sessegnon, który nawet w wywiadach podkreśla, że już czuje się w Anglii bardzo dobrze. Irlandczyk odkrył dla Premier League młodego Jamesa McCleana, który z meczu na mecz radzi sobie coraz lepiej. Pewniakiem stał się David Vaughan, który każdemu klubowi w którym grał dawał dużo i tak jest już także teraz. O’Neill posłał także z powrotem na skrzydło, obrońcę u Bruce’a, Kierana Richardsona, co na pewno wychowankowi Man Utd nie zaszkodziło. To wszystko jednak nie jest kluczem do pierwszych sukcesów O’Neilla na Stadionie Światła. Były opiekun m.in. Celtiku i Aston Villi dał swoim podopieznym pewność siebie. Jego piłkarze, jak sam ostatnio podkreślił, w końcu czują się jak zwycięzcy. Czyli zyskali to, co zatracili przez ostatni rok. Rok niepowodzeń, porażek i upokorzeń. To, czego nie umiał już w nich tchnąć ten, przez którego to stracili – Bruce.

Przysłowiowy efekt nowej miotły? Wątpię. Według mnie Ellis Short zrobił najlepszy ruch od momentu kiedy, pod koniec 2008 roku, został właścicielem klubu z północy Anglii. Zatrudnił managera, który był łączony z każdym klubem w którym zwalniano trenera w Premier League przez ostatnie pół roku. Managera, który naprawdę zna się na swoim fachu jak mało kto. Także dla O’Neilla Sunderland wydaje się wymarzonym miejscem do pracy. Zasłużony dla angielskiej piłki klub, oddani fani, drużyna z potencjałem dużo większym niż wskazuje na to tabela. Jeśli jesteś kibicem Sunderland, w końcu, masz z czego się cieszyć.

18:30, pan.ado.skywalker
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30